Elektroniczne Postępowanie Upominawcze

Opublikowany niedawno projekt Elektronicznego Postępowania Upominawczego ma w założeniach ich autorów przyczynić się do uproszczenia i przyspieszania rozpoznawania przez sądy niektórych spraw cywilnych. Cel ten jest możliwy do osiągnięcia poprzez uelastycznienie procedury sądowej oraz maksymalne zautomatyzowanie czynności sądowych. W postępowaniu tym powód składa pozew w postaci formularza elektronicznego. Jego identyfikacja w systemie następuje przez numer PESEL, nakaz zapłaty wydawany jest bez przeprowadzania jakiegokolwiek postępowania dowodowego, a po jego uprawomocnieniu sąd z urzędu nadaje klauzulę wykonalności.

Projekt jest dokumentem ciekawym, opartym o zupełnie inną, niż dotychczasowa, filozofię w podejściu do informatyzacji administracji publicznej. Może ona stanowić prawdziwy przełom w projektowaniu i wdrażaniu systemów informatycznych, których przeznaczeniem jest elektroniczna komunikacja między organami administracji i władzy publicznej a obywatelami. Projekt ten nie jest jednakże wolny od realnych zagrożeń i dobrze jest je zidentyfikować jeszcze na etapie projektowania samego systemu.

W pierwszym rzędzie trzeba wskazać na pewien istotny aspekt zagadnienia jakim jest zjawisko tzw. wykluczenia informatycznego. Autorzy projektu muszą przyjąć do wiadomości, że istnieje i istnieć będzie, wcale niemała grupa obywateli, która nigdy nie będzie korzystać z narzędzi jakie dostarczać będą nowoczesne technologie. Problemu nie można tym razem załatwić tak jak już wielokrotnie robiono przy okazji innych, dużych, projektów informatycznych – poprzez zakomunikowanie obywatelom, że mają przyjąć określone rozwiązanie technologiczne (jak to przykładowo, miało miejsce w przypadku informatyzacji ZUS). Tym razem problem, o który mowa nie dotyczy tak naprawdę takiej czy innej technologii ale sprawy absolutnie kluczowej – konstytucyjnego prawa do równego dostępu obywateli do wymiaru sprawiedliwości.

Postępowanie upominawcze jest to wygodny sposób w szybkim dochodzeniu roszczeń przez przedsiębiorców, a szczególnie przez przedsiębiorstwa świadczące masowe usługi takie jak: dostarczanie energii elektrycznej, gazu, wody czy usług telekomunikacyjnych. Przyjrzyjmy się zatem potencjalnym stronom postępowań prowadzonych przed sądem elektronicznym. Ze strony powodowej silne, zamożne, przedsiębiorstwa dysponujące rozbudowanym zapleczem prawnym i informatycznym, korporacje, dla których przegranie jednostkowego sporu nie ma ekonomicznego znaczenia. Po przeciwnej stronie pozwany – znajdujący się często w trudnej sytuacji materialnej, którego nie stać na profesjonalną pomoc prawną, pozwany, który poprzez bark dostępu do narzędzi informatycznych nie ma dostępu do akt sprawy, który ponadto, nie może korzystać z pomocy profesjonalnego pełnomocnika z urzędu – projekt wyklucza jego udział w postępowaniu. Wobec takiego pozwanego uruchomiona zostaje zautomatyzowana machina, której zatrzymanie nie będzie łatwe i to także w tych sytuacjach, w których dochodzone roszczenie nie będzie zasadne.

Zautomatyzowanie procesu dochodzenia roszczeń rodzi poważne zagrożenie – uprawomocniania się nakazów zapłaty zasądzających nawet nienależne świadczenia. Przykładów nie trzeba daleko szukać - sytuacja, w której zakład gazowniczy musi się publicznie tłumaczyć z zawyżonych rachunków jest przykładem zaledwie sprzed miesiąca. Zautomatyzowanie czynności w systemie informatyczno – księgowym było przyczyną serii komplikacji, które niechybnie zostałyby powielone w równie zautomatyzowanym postępowaniu przed sądem elektronicznym.

Ustawodawca oddając do dyspozycji dużym podmiotom gospodarczym możliwość „cyfrowej ścieżki” w dochodzeniu roszczeń stawia je w pozycji uprzywilejowanej wobec ich potencjalnych dłużników. Ci ostatni, nie dysponując ani odpowiednim zapleczem logistycznym, ani odpowiednią wiedzą fachową, nie są praktycznie w stanie podjąć skutecznej obrony swoich racji przed sądem. Prowadzi to istotnej dysproporcji w dostępie obywateli do wymiaru sprawiedliwości. Czy angażując się w kosztowny projekt uwzględniono to, że jego przydatność dla wymiaru sprawiedliwości może zostać zakwestionowana z punktu widzenia praw obywatelskich? Czy stać nas wszystkich na takie ryzyko?

Projekt e-sądu to kolejny przykład niepokojącego zjawiska jakim jest postępująca automatyzacja wymiaru sprawiedliwości. Projekt przewiduje, że elektroniczne nakazy mieliby wydawać referendarze sądowi. Nie bójmy się jednak tego powiedzieć – w świetle założeń projektu stanowić oni będą jedynie zbędny i kosztowny dodatek do samego systemu informatycznego. Ten ostatni można sobie doskonale wyobrazić bez udziału jakiegokolwiek „czynnika ludzkiego”. Nie ma żadnych przeszkód aby system zaprojektować tak, że sam, bez udziału kogokolwiek, będzie sprawdzał warunki formalne pozwu, wyliczał odsetki i koszty postępowania, wydawał nakaz zapłaty, po czym nadawał klauzulę wykonalności. System informatyczny zrobi to szybciej i sprawniej niż referendarz sądowy, którego obecność w projekcie nie można tłumaczyć inaczej niż odmową przyjęcia do wiadomości przez jego autorów logicznych konsekwencji ich własnych założeń.

Spróbujmy w tym miejscu odpowiedzieć uczciwie na takie pytanie: czy o to nam chodzi? Czy przeznaczeniem systemów informatycznych ma być zastępowanie sędziów, czy tylko ułatwianie im pracy? Czy wyrażamy zgodę na wymiar sprawiedliwości sprawowany przez systemy informatyczne? A przecież nie jest to w chwili obecnej żadna futurologiczna fantazja. Nie ma żadnych technicznych przeszkód ku temu aby zdjęcie wykonane przez fotoradar po odpowiedniej weryfikacji tożsamości kierowcy w policyjnej bazie danych, było automatycznie przesyłane do sądu, którego system informatyczny wydawałby automatycznie nakaz karny i równie automatycznie przekazywał go do wykonania. Kierowca miałby zajęte konto bankowe zanim zdołałby wrócić z podróży. Szybko, sprawnie i skutecznie. Dla zasady można zresztą w całym tym systemie umieścić gdzieś sędziego, którego rola sprowadzona zostanie, podobnie jak w przypadku referendarzy w e-sądzie, do przyciskania odpowiedniego klawisza.

Jednym z podstawowych założeń projektu jest to, że sąd elektroniczny nie będzie elementem infrastruktury Klucza Publicznego. Autorzy projektu odrzucili bezpieczny podpis elektroniczny jako sposób weryfikacji stron postępowania. W miejsce kwalifikowanego certyfikatu, autorzy założeń przewidują numer PESEL jako dane wystarczające dla ustalenia jej tożsamości w postępowaniu przed e-sądem. Można się domyślać co może być przyczyną dla przyjęcia właśnie takiego rozwiązania.

Nie podlega dyskusji, że przyjęta w Polsce koncepcja bezpiecznego podpisu elektronicznego jako narzędzia spełniającego najwyższe wymagania w zakresie bezpieczeństwa stała się główną przeszkodą w jego rzeczywistym upowszechnieniu. Biorąc pod uwagę spektakularną porażkę jaką stanowi usiłowanie wprowadzenia do obrotu bezpiecznego podpisu elektronicznego trudno odmówić racji autorom projektu e-sądu. Stojąc przed trudnym wyborem pomiędzy bezpieczeństwem a „używalnością” wybrano tę ostatnią – inaczej, w oparciu o dotychczasowe doświadczenia, można było się spodziewać, że wprowadzenie bezpiecznego podpisu elektronicznego jest najlepszą receptą na kolejny, bliski ideałowi, tyle że niepraktyczny system. Trzeba zatem przyznać, że argumenty za przyjęciem mniej bezpiecznego, jednakże bardziej „przyjaznego” potencjalnym użytkownikom, rozwiązania są bardzo poważne i stanowią ciekawa alternatywę dla dotychczasowych rozwiązań.

No właśnie, założenia projektu stanowią propozycję konkurencyjną wobec dotychczasowej, „kanonicznej” koncepcji oparcia informatyzacji administracji na bezpiecznym podpisie elektronicznym. Nie można w tym miejscu nie postawić pytania: do czego w takim razie potrzebny nam niesłychanie kosztowny, maksymalnie złożony, system PKI skoro i tak administracja publiczna wybiera inne rozwiązania?

Autorzy założeń przywołują jeszcze jeden poważny argument - projekt odwołuje się do rozwiązań sprawdzonych w praktyce – jest wzorowany na założeniach systemów działających z powodzeniem w Niemczech oraz Wielkiej Brytanii. Wątpliwości budzi tylko to, że rozwiązanie takie ma być przyjęte w otoczeniu wyraźnie odmiennym niż to z jakim mamy do czynienia w dojrzałych systemach politycznych i gospodarczych. Uwaga ta dotyczy wyraźnego zapóźnienia technologicznego naszego kraju ale nie tylko. Chodzi o specyfikę krajowego obrotu gospodarczego, jego szczególne, wyraźnie odmienne od zachodnich, reguły prowadzenia działalności gospodarczej.

Z przyjętych założeń wynika, że EPU będzie się toczyć praktycznie bez postępowania dowodowego. Powód wnosząc pozew w formie elektronicznej nie będzie zobowiązany do załączenia jakichkolwiek dowodów uzasadniających roszczenie (jest to zresztą problem sam w sobie wymagający bardzo dokładnego rozważenia). Konsekwencją przyjęcia takiego modelu jest realne zagrożenie wnoszeniem fikcyjnych powództw. Zdaniem autorów projektu czynnikami, które mają być dla tego przeszkodą są po pierwsze, weryfikacja powoda przez niepowtarzalny numer PESEL, a po drugie, konieczność uprzedniego wniesienia opłaty sądowej. Jeśli chodzi o weryfikację powoda poprzez numer PESEL to samo życie dostarcza przykładów jak bardzo ryzykowne może być przyjęcie właśnie takiego sposobu ustalania tożsamości stron postępowania. Ostatni przykład z nieuprawnionym dostępem do danych osobowych (w tym numerów PESEL) chętnych do zakupu biletów na Euro 2008, możliwy dzięki błędom programistycznym w oprogramowaniu strony www, jest najlepszym dowodem na to, że dane takie można uzyskać w bardzo wielu miejscach w sieci i nie tylko zresztą w sieci.

Doprawdy, weryfikacja tożsamości przez wykorzystanie takich danych nie jest żadną przeszkodą dla wytaczania fikcyjnych powództw, podobnie zresztą jak konieczność wniesienia opłaty sądowej nie jest żadną przeszkodą dla wystarczająco zdeterminowanego osobnika. Sam fakt identyfikacji osoby wnoszącej takie fikcyjne powództwo z pewnością pełni funkcję odstraszająca ale tylko w ograniczonym zakresie. Zakładanie spółek prawa handlowego przez podstawione osoby jest najlepszą ilustracją takiego ograniczonego oddziaływania nawet sankcji karnej.

Istnieje zatem wiele czynników, które nakazują zachować ostrożność i zapewnić równowagę pomiędzy ułatwieniem w szybkim dostępie do wymiaru sprawiedliwości, a właściwym zabezpieczeniem systemu przed nadużyciami, tak aby nie trzeba było parafrazować starego przysłowia piłkarskiego, że „Miało być jak w Unii, a wyszło jak zawsze.” Doświadczenia tzw. sadów 24-godzinnych powinny być dla nas przestrogą, że kopiowanie zachodnioeuropejskich wzorów nie jest wcale gwarancją sukcesu w krajowych warunkach.