Doghouse: Uroki deklaracji zgodności na przykładzie skrzynki GIODO
Przy niedawnej próbie złożenia formularza do GIODO natrafiłem na problemy, które spowodowały że cała procedura zajęła prawie tydzień. Dodatkowo zaczynam mieć wątpliwości czy i na jakiej podstawie wystawiane są deklaracje zgodności dla różnych produktów podpisu elektronicznego.
Pierwszy problem pojawił się w momencie wejścia do formularza ESP na stronie GIODO. Aplikacja wymaga Internet Explorera działającego pod Windows z prawami administratora oraz doinstalowania (z prawami administratora) specjalnej aplikacji, która zmienia uprawnienia .NET w systemie. O ile instalację można uznać za rzecz dopuszczalną, o tyle żądanie by przeglądarka działała z prawami administratora jest zwyczajnym błędem projektowym (patrz punkt A.11.2.2 normy PN-ISO/IEC 27001:2007). Z punktu widzenia bezpieczeństwa systemu Windows jest to dość śmieszne w kontekście "wysokiego poziomu bezpieczeństwa" jaki ma zapewniać podpis elektroniczny.
Drugi problem pojawił się w momencie złożenia dokumentu z załącznikiem, którym był plik JPG zawierający potwierdzenie przelewu opłaty skarbowej. Po elektronicznym podpisaniu i wysłaniu formularza dostałem email, w którym skrzynka poinformowała mnie o ograniczonej liczbie rozszerzeń plików jakie akceptuje. Nie było wśród nich rozszerzenia JPG - było za to "jpg". Wniosek? Projektant aplikacji najwyraźniej nie wiedział, że w systemie Windows wielkość liter nie ma znaczenia w nazwach plików.
Trzeci problem - najpoważniejszy ujawnił się po kolejnej próbie wysłania formularza z rozszerzeniem pliku zmienionym na "jpg". Otrzymałem mailem Urzędowe Poświadczenie Odbioru i spocząłem na laurach. Po paru dniach otrzymałem kolejny email, tym razem od pracownika, który zwracał uwagę, że mój wniosek jest pozbawiony podpisu elektronicznego. Dalsze śledztwo i eksperymenty szybko doprowadziły do wniosku, że problem leżał po mojej stronie - nie miałem w świeżym systemie zainstalowanych certyfikatów NCC i QCA należących do ścieżki mojego certyfikatu kwalifikowanego. Z punktu widzenia Windows certyfikat był więc nieważny (niemożliwy do zweryfikowania), co widać było od razu po jego podejrzeniu. Nasuwa się jednak pytanie, w jakis sposób aplikacja podpisująca skrzynki podawczej (applet ActiveX) mogła złożyć bezpieczny podpis elektroniczny nie weryfikując ważności certyfikatu?
Komentarz na temat deklaracji zgodności
Deklaracja zgodności ma charakter dobrowolny i jak mi się wydaje w niektórych przypadkach fikcyjny. Nie jest to absolutnie nawoływanie do zastąpienia jej certyfikacją - to byłby dopiero gwóźdź do trumny podpisu. Być może sytuację poprawiłaby spójna, pisana z pozycji technicznej, checklista wymagań wobec aplikacji, udostępniona np. przez stowarzyszenie branżowe lub ministerstwo.
Próba uzyskania deklaracji zgodności dla Programu Płatnika zarówno w ZUS jak i Prokomie, którą podjąłem kilka miesięcy temu skończyła się w obu instytucjach łańcuszkiem spychotechniki ("to nie my, to oni"). Deklaracji nigdy nie otrzymałem. Czy widział ktoś deklarację zgodności dla skrzynki podawczej ZETO Białystok albo systemu e-Deklaracje?
Znam przypadek aplikacji do weryfikacji faktur elektronicznych udostępnianej za darmo przez jedno z kwalifikowanych centrów, która radośnie weryfikowała "bezpieczny podpis" złożony przy pomocy samopodpisanego certyfikatu EFS (Encrypted Filesystem) z Windows czy dowolnego.
Najwyraźniej nikt tego nie sprawdza ani nie kwestionuje. Taka strategia wydaje się być uzasadnione o tyle, że jeden taki precedens może spowodować łańcuszek publikacji kompromitujących dla części rodzimych producentów, którzy wyposażyli urzędy w nikomu niepotrzebne rozwiązania w ramach "przetargowej paniki" w latach 2006-2008.
Dla administracji publicznej oznaczałoby to konieczność wymyślania kabalistycznych interpretacji obecnego rozporządzenia tak, by dowieść że to co utrzymują (i z rzadka używają) jest jednak zgodne z prawem. Prawem, które całościowo rozumie zapewne kilkaset osób w Polsce.
http://ipsec.pl/podpis-elektroniczny/2008/ekscytujaco-prosta-w-uzyciu-sk...
Gdzie to "bezpieczeństwo" zapewniane przed "bezpieczny podpis", którym tak szermują zwolennicy stosowania podpisu kwalifikowanego wszędzie gdzie się da? I dlaczego do skorzystania ze skrzynki podawczej trzeba mieć doktorat z informatyki ze specjalizacją w PKI oraz platformach do budowy aplikacji webowych?

Odpowiedzi
Przecudny cytat z dzisiejszej prasy:
"A co do internetowej rejestracji firmy to kierowniczka nie ukrywa, że aby poprawnie wypełnić wniosek (dostępny na stronie www.bialystok.pl) trzeba być doskonale przygotowanym pod kątem ekonomicznym, ale i informatycznym."
http://miasta.gazeta.pl/bialystok/1,35235,6454919,Jedno_okienko_i_masa_p...
To że aplikacje nie mają deklaracji, można jeszcze próbować zrozumieć (bardzo trafne wyjaśnienie dlaczego nie jest to weryfikowane), ale to że aplikacja jest nieprzetestowana i sypie się na każdym kroku już ciężko.
Trudno powiedzieć co oznaczał komunikat zwrotny. Certyfikat na pewno był i jest ważny. Applet poprawnie składał podpis w sensie wybrania certyfikatu, wczytania PIN (!) i wyświetlenia komunikatu, że jest OK. Później przychodziło UPO potwierdzające poprawne otrzymanie wniosku.
Informacja o braku podpisu była przysłana później, wyglądało to na ręczną weryfikację. Co sugeruje, że UPO jest wystawiane bez weryfikacji podpisu (co wydaje mi się w porządku).
Dopiero później zauważyłem, że nie mam ścieżki w systemie. Po jej doinstalowaniu cała procedura wyglądała dokładnie tak samo.
Jeśli dostałeś informację o braku podpisu, to czy oznaczało to zupełny jego brak? Jak aplet podpisujący mógł tego nic zauważyć? Czy może podpisałeś przeterminowanym certyfikatem? Co zostało zinterpretowane przez system jako brak ważnego podpisu.
Dodaj nową odpowiedź